poniedziałek, 5 listopada 2012

The Banquet of Musick

zapowiedź, 6.11

Jutro o 19 w warszawskiej Filharmonii muzyka dawnego Londynu. Zagra New London Consort pod dyrekcją Philipa Picketta - słyszałam, że bardzo warto (czy bilety jeszcze są - nie wiem, czy wejściówki będą - nie wiem tym bardziej).
Mnie niestety nie będzie - jeśli komuś się uda, niech się podzieli wrażeniami!

Zasłuchanie

zapiski na marginesie, Mazovia Goes Baroque 5/2012 cz. 1,
2-4 listopada


To już nie pierwszy raz, kiedy w wypowiedziach muzyków z zachodniej Europy na temat ich koncertów w Polsce pojawia się motyw zasłuchanej publiczności. Czy rzeczywiście jesteśmy aż tak różni, nie wiem. Na ile są to tylko wzajemne grzeczności i świadectwo kultury osobistej obu stron – tak muzyków, którym – zapytanym o wrażenia z własnego koncertu – wypada odpowiedzieć coś pozytywnego, jak i publiczności, której wypada słuchać, kiedy się do niej mówi lub śpiewa – nie wiem.

Wiem tylko tyle, że Marc Mauillon po swoich trzech warszawskich koncertach w S1 sprawiał wrażenie szczerze ujętego atmosferą. To niesamowite – mówił – że ludzie tak słuchają, nawet jeśli nie rozumieją tekstu.

Wiem tylko tyle, że my – odbiorcy – sprawialiśmy wrażenie szczerze zasłuchanych. Było łatwiej lub trudniej, w zależności od momentu, przytomności i tego, czy siedzący za nami uznali za stosowne komentować.

Bo też było i czego słuchać. Pierwszy wieczór – Remède de Fortune Guillaume’a de Machaut (wyk. VivaBiancaLuna Biffi – śpiew, fidel, Pierre Hamon – flety, Angélique Mauillon – harfa gotycka, śpiew, Marc Mauillon – śpiew) był swoistym misterium opowieści, w którym recytacja przeplatała się z pieśnią. Program – wydawać by się mogło – wymagający, utwory długie, melodie powtarzalne. „Wszystkie melodie Machauta są do siebie podobne” – można było usłyszeć po koncercie, i może rzeczywiście coś w tym jest, jeśli tak wyrazimy pewną indywidualność stylu; wszak i z kompozytorami epok późniejszych niektórzy mają podobnie („jak grają coś Chopina, to od razu słychać, że to Chopin”). Długie i powtarzalne – czyli nuda? Nic podobnego. Podróż. Podróż do świata pieśni, które liczą sobie już ponad sześćset lat, a wciąż jeszcze – jak się okazuje – potrafią być żywe.

Remède de Fortune to opowieść o miłości, nieśmiałości, nadziei i konwencji. W warstwie znaczeniowej – urocza opowieść, zrozumiała jednak dla większości jedynie ogólnie, dzięki wprowadzeniu. W warstwie tekstowej – kunsztowna poezja, której rytmy i bogactwo wybrzmiewało w całej pełni, i tutaj warto było jednak rozumieć chociaż pojedyncze słowa, żeby mniej więcej odnajdywać się kontekstowo. I wreszcie w warstwie muzycznej – niby w języku dość uniwersalnym, ale ciągle jeszcze chyba bardziej odczuwanym (dobre i to, jeśli to!) niż do końca rozumianym – misterna konstrukcja, w której monodia przeplata się z polifonią.* Głosy ludzkie i głosy instrumentów, razem i osobno, z wybrzmiewającą niezwykłą wrażliwością i zróżnicowaniem barw. Tekst i muzyka, chciałoby się podobnie powiedzieć: razem i osobno, ale tu były w jakiś niesamowity sposób powiązane, i razem i osobno, ani razem, ani osobno. We fragmentach instrumentalnych pobrzmiewała recytacja, w recytacji – melodia. Po kolejnych zwrotkach i kolejnych pieśniach nie przychodziło znużenie, a kiedy dobiegły końca, chciało się, by trwały jeszcze choć trochę. Magnetyzm opowieści, chciałoby się powiedzieć – tak w XIV wieku, jak i dziś; mimo upływu czasu ciągle działa. Co to jednak jest, ta opowieść? Warstwa znaczeniowa, której właściwie „na bieżąco” nie rozumiemy? Warstwa tekstowa, owszem, bardzo dobrze wydobyta przez śpiewaków, ale jednak bez tego znaczenia „opowieściowo” pozornie pusta? Warstwa muzyczna, owszem, pełna barw i współbrzmień, ale czy to ona miałaby być narracją? Po muzyce ilustracyjnej i „Muzyce mową dźwięków” takie pomysły już nas nie dziwią, ale jednak… A może jest ona – ta opowieść – gdzieś pomiędzy. Może wcale nie musimy wiedzieć, gdzie jest, jeśli tylko wiemy, że jest.

Drugi wieczór w tym samym składzie autorskim i wykonawczym: tym razem drobne utwory Machauta. Małe cudeńka, zagrane i zaśpiewane z lekkością i starannością jednocześnie. Trochę brakowało już atmosfery całości, wejścia w świat tych pieśni, która tak pięknie zaistniała pierwszego wieczoru. Ale była lekkość właśnie – lekkość i zaangażowanie, to połączenie, które tak urzeka w dobrych wykonaniach. Nie nudne „muzeum” i zmęczenie, a właśnie muzyka żywa, mimo sześciu wieków. Na bis fragment programu z poprzedniego dnia – chanson balladée Dame, a vous sans retoillir, należąca do bardzo „klejących” melodii (niektórym śpiewała się później przez pół nocy).

I wreszcie wieczór trzeci. Tym razem muzyka wczesnego baroku, wśród wykonawców Angélique Mauillon (harfa barokowa), Marc Mauillon (śpiew) i Friederike Heumann (viola da gamba, lirone). Przenieśliśmy się w czasie od poprzedniego koncertu o jakieś trzysta lat, muzyka już zupełnie inna – i tak jak słuchacz zmiany epok przyjmuje w miarę bezboleśnie (zwłaszcza taki przyzwyczajony do festiwali, albo taki, który się nad tym wcale nie zastanawia), tak u wykonawców ta łatwość zawsze budzi pewien podziw. Muzyka inna, a lekkość, zaangażowanie i piękno pozostają. Choć miało się wrażenie, że podczas pierwszych dwóch koncertów wykonawcy bardziej stanowili „zespół”, bardziej się rozumieli i współpracowali ze sobą, niż w składzie z trzeciego koncertu. Czy to kwestia oswojenia z miejscem, ze sobą nawzajem, czy w ogóle czego innego, może akurat dnia – rodzeństwo Mauillon wypadło tu dużo lepiej niż gambistka Friederike Heumann, przez większą część koncertu spięta i sprawiająca wrażenie walczącej ze sobą i instrumentami. (Swoją drogą – czy jest na sali jakiś świadomy muzykolog, który powiedziałby mi, czy zamiana instrumentu w trakcie utworu – violi na lirone i odwrotnie – jest jakąś „przyjętą” praktyką i tylko mnie bardzo zdziwiła?) Ale zdarzały się też utwory, w których było już zupełnie dobrze, więc – można. Może innym razem… Ciekawie było też widzieć – czy raczej: słyszeć – dialogi między muzyką a tekstem, „odwieczne” muzyczne spory, które z nich jest ważniejsze. I tak jak w pieśniach Guillaume’a de Machaut stanowiły one jakąś niesamowitą jedność, tak w pieśniach wczesnego baroku chwilami można było odnieść wrażenie, że muzyka bierze górę i „ponosi” (czy rzeczywiście z pożytkiem dla siebie samej?), zwłaszcza wtedy, gdy towarzyszyła tekstom włoskim.

Intemporalité. Ponadczasowość. Chciałoby się powiedzieć, że dobra opowieść pozostaje zawsze żywa, bo trwając w czasie (a nawet – jak chcą niektórzy – w trzech czasach) potrafi być od niego niezależna. I może właśnie mniej lub bardziej uświadomione zdumienie tym każe nam się zatrzymać – i słuchać.

Intemporalité. To uczucie, kiedy stoisz na czerwonym świetle i śpiewasz – a piosenka ta liczy sobie sześćset lat. Quelle importance.

_______________
*Nie mniej urocza jest warstwa zapisu, którą można obejrzeć np. tutaj, ale ona już do koncertu (bezpośrednio) nie należy.


program koncertu 2 listopada