poniedziałek, 28 stycznia 2013

Ti par gran maraviglia...


zapowiedź, 16-17 lutego (i jeszcze parę wspomnień po drodze)


Viva Biancaluna Biffi miała w planach koncert w Warszawie gdzieś w połowie listopada 2010 roku. Razem z nią mieli wystąpić również Armando Illario i Simone Mongelli, przedstawiając program złożony z pieśni włoskich. Koniec końców wystąpili sami, bez śpiewaczki, która przyjechać nie mogła. Fragmenty tamtego koncertu są do posłuchania tutaj.
Przypomniało mi się to wydarzenie, bo dziś – zupełnie przypadkiem – znalazłam nagranie fragmentów tego niewykonanego wówczas programu. I tak sobie pomyślałam - w ramach historii alternatywnych - co by było, gdybym Vivę usłyszała po raz pierwszy jednak wtedy, a nie dziewięć miesięcy później, na festiwalu w Jarosławiu. Pewnie byłabym podobnie zachwycona. Może nawet wyszłabym z tego koncertu z właściwszymi zachwytami, niż w rzeczywistości miały miejsce.
Tak to jednak jest, że niekiedy potrzeba czasu na przygotowanie, choć jeszcze się o tym nie wie. „Pewne rzeczy przydarzają się nam chyba tylko po to, żeby lepiej rozumieć historię kultury” – a zapewne pieśni z jarosławskiego koncertu nie poruszyłyby mnie wtedy tak bardzo, gdyby nie cała ta droga, którą przeszłam od tamtego listopada. Tak to jest, że potrzeba czasu – może właśnie wtedy, kiedy chodzi się z tekstem do napisania, z decyzją do podjęcia, pozornie ten czas tracąc. Może to i prawda, że dzieci najbardziej rosną wtedy, kiedy śpią. A może też właśnie w najbardziej pustym czasie najbardziej dojrzewają w nas pomysły, koncepty, decyzje, czasami nawet głos. Gdybym nie wiedziała, jak bardzo osobiste może być to pytanie, zapytałabym Vivę, co się stało, że z wiolonczelistki stała się również śpiewaczką.

16 i 17 lutego Viva Biancaluna Biffi wystąpi w Warszawie w ramach festiwalu Mazovia Goes Baroque (program 16 tu, a 17 tu).

Tego samego festiwalu, na którym miała być w listopadzie 2010 roku, ale już z innym programem. Festiwal też już dojrzewa i obrasta historiami: jedne wspomnienia zaraz przywołują na myśl drugie… Bardzo polecam się wybrać. W przeciwieństwie do Jarosławia, w Warszawie pewnie tekstów na wyświetlaczu nie będzie, więc może nie trzeba aż tak długich przygotowań uczuciowych po to tylko, żeby zauważyć („w ramach niepoważności, oczywiście”), że autorzy włoskich pieśni sprzed wieków tak bardzo nas przewidzieli :-)

czwartek, 24 stycznia 2013

Baśń lipcowa


mały zachwyt, bo dawno nie było [opisów, z zachwytami nie tak źle], a dziś to już musiałam :-)


Dawno, dawno temu – tak dawno, że już nie pamiętam tego wydarzenia – jak opowiada moja mama, byłam w wiedeńskiej Staatsoper na Czarodziejskim flecie po raz pierwszy. Byłam, ale trudno użyć tu słowa „widziałam”, bo na tym etapie życia było to jeszcze niemożliwe. Nie wiem nawet, czy pasowałoby „słyszałam”, bo moje uszy prawdopodobnie dopiero się kształtowały. Ale przecież muzykę odczuwa się całością siebie, jakakolwiek to całość. Zwłaszcza taką muzykę. 

Próbowałam kiedyś policzyć, ile razy od tamtej pory widziałam i słyszałam to dzieło na żywo – gubię się w tym liczeniu, ale myślę, że wyszłoby dobre dwadzieścia. Wykonania były różne, czasami takie, że wolałam tylko słyszeć, niż widzieć i słyszeć, czasami takie, że i słyszenie wymagało nałożenia sporej warstwy wyobraźni. Zawsze było w nich jednak coś z zachwytu. Są takie dzieła, które bardzo trudno jest zniszczyć, nawet niedoskonałym wykonaniem, bo bronią się po prostu same sobą – i to jest właśnie jedno z takich.
Mimo tylu spotkań, mimo znajomości prawie na pamięć - ani razu nie pojawiło się znudzenie. Za każdym razem było coś do odkrycia. Na coś innego zwrócił uwagę któryś ze śpiewaków, może któraś fraza była inna niż zwykle… A może po prostu inny moment w życiu słuchającej, jakiś zbieg okoliczności i wydarzeń, który kazał zauważać to, co wcześniej pozostawało pomijane. Sceny pożegnania nie zawsze przecież brzmią tak samo. Rytuały przejścia nie zawsze są tak wyraziste. Już nie mówiąc o tym absurdalnym konstrukcie – nie mającym chyba jednak nic wspólnego z librettem, więc nie wiem, skąd wziął się w mojej głowie dobre parę (o ile nie paręnaście) lat temu – że Pamina jest córką Królowej Nocy i… Sarastra.

W ramach zajęć na muzykologii miałam dzisiaj okazję prowadzić panel dyskusyjny o symbolice w Czarodziejskim flecie. Przyznam szczerze, że bardzo pozytywnie zdziwiła mnie ta cała sytuacja – jak zawsze, kiedy ktoś nazywa to, co od dawna czułam, chociaż nigdy nie przychodziło mi do głowy ubieranie tego w słowa. 
Baśń. W pewnym sensie przekaz uniwersalny, dotykający jakichś kulturowo-psychicznych struktur, tak głębokich, że często nawet nie wiemy, dlaczego nas poruszają. Od dzieciństwa. Może w tym poruszeniu za każdym razem jest coś z dziecięcego widzenia świata: śmiech, łzy, wciągnięcie w opowieść. A dziś – widzieć te kilkanaście uśmiechów, ten magnetyzm pewnej prościutkiej, zwrotkowej arii… Bezcenne.
[A od powrotu do domu słucham fragmentów Czarodziejskiego fletu w interpretacji René Jacobsa – chyba wreszcie zaszaleję i nabędę tę „kontrowersyjną” wersję, bo podoba mi się coraz bardziej. Ale o niej nie będzie póki co, może kiedyś, w ramach jakiejś bardziej poważnej (chociaż bardzo spóźnionej, ale lepiej późno niż wcale) „recenzji”.]

Nie wiem, czy to sprawa tego pierwszego spotkania z dziełem dawno temu, czy może raczej corocznych Festiwali Mozartowskich w Warszawskiej Operze Kameralnej, czy jeszcze czegoś innego – może jakiegoś ciepła wewnętrznego, które w tej muzyce i w tej opowieści niewątpliwie jest. Ale zawsze, ilekroć słyszę tę operę, mam jakieś absurdalne wrażenie, że jest lipiec.

*z ostatniej chwili, znalezione na niemieckiej wikipedii: Im Juli 1791 war die Oper mit Ausnahme der Ouvertüre und des Priestermarsches abgeschlossen.