zapowiedź, 16-17 lutego (i jeszcze parę wspomnień po drodze)
Viva Biancaluna Biffi miała w planach koncert w Warszawie gdzieś w połowie listopada 2010 roku. Razem z nią mieli wystąpić również Armando Illario i Simone Mongelli, przedstawiając program złożony z pieśni włoskich. Koniec końców wystąpili sami, bez śpiewaczki, która przyjechać nie mogła. Fragmenty tamtego koncertu są do posłuchania tutaj.
Przypomniało mi się to wydarzenie, bo dziś – zupełnie przypadkiem – znalazłam nagranie fragmentów tego niewykonanego wówczas programu. I tak sobie pomyślałam - w ramach historii alternatywnych - co by było, gdybym Vivę usłyszała po raz pierwszy jednak wtedy, a nie dziewięć miesięcy później, na festiwalu w Jarosławiu. Pewnie byłabym podobnie zachwycona. Może nawet wyszłabym z tego koncertu z właściwszymi zachwytami, niż w rzeczywistości miały miejsce.
Tak to jednak jest, że niekiedy potrzeba czasu na przygotowanie, choć jeszcze się o tym nie wie. „Pewne rzeczy przydarzają się nam chyba tylko po to, żeby lepiej rozumieć historię kultury” – a zapewne pieśni z jarosławskiego koncertu nie poruszyłyby mnie wtedy tak bardzo, gdyby nie cała ta droga, którą przeszłam od tamtego listopada. Tak to jest, że potrzeba czasu – może właśnie wtedy, kiedy chodzi się z tekstem do napisania, z decyzją do podjęcia, pozornie ten czas tracąc. Może to i prawda, że dzieci najbardziej rosną wtedy, kiedy śpią. A może też właśnie w najbardziej pustym czasie najbardziej dojrzewają w nas pomysły, koncepty, decyzje, czasami nawet głos. Gdybym nie wiedziała, jak bardzo osobiste może być to pytanie, zapytałabym Vivę, co się stało, że z wiolonczelistki stała się również śpiewaczką.
16 i 17 lutego Viva Biancaluna Biffi wystąpi w Warszawie w ramach festiwalu Mazovia Goes Baroque (program 16 tu, a 17 tu).
Tego samego festiwalu, na którym miała być w listopadzie 2010 roku, ale już z innym programem. Festiwal też już dojrzewa i obrasta historiami: jedne wspomnienia zaraz przywołują na myśl drugie… Bardzo polecam się wybrać. W przeciwieństwie do Jarosławia, w Warszawie pewnie tekstów na wyświetlaczu nie będzie, więc może nie trzeba aż tak długich przygotowań uczuciowych po to tylko, żeby zauważyć („w ramach niepoważności, oczywiście”), że autorzy włoskich pieśni sprzed wieków tak bardzo nas przewidzieli :-)