sobota, 5 kwietnia 2014

Wyśpiewać zmysły

Parę godzin temu zakończyła się w Muzeum Narodowym w Warszawie konferencja studencko-doktorancka „Zmysły w kulturze średniowiecza” współorganizowana przez Muzeum i Sekcję Mediewistyczną SKNH UW. O samej konferencji nie będzie – byłam za krótko, żeby się wypowiadać. Będzie tylko o koncercie, który odbył się na jej zakończenie.

Zespół Męski Gregorianum zaśpiewał program – jak przyznają sami wykonawcy – trochę spoza ich głównych zainteresowań: wcześniejszy niż renesansowy, w całości monodyczny. Konferencja była mediewistyczna, więc repertuar był tym razem średniowieczny, zaczerpnięty z przechowywanego w Muzeum Narodowym rękopisu o sygnaturze 1304 – brewiarza datowanego na początek XIII wieku. Samo źródło jest tyleż ciekawe, co tajemnicze: znalazło się w Muzeum dopiero na początku XX wieku (w Zbiorach Ikonograficznych i Fotograficznych), pochodzi najprawdopodobniej z południowych Niemiec, gdzie pozostawało przynajmniej do połowy XV wieku, i zapisane jest notacją sanktgalleńską bez linii, która w czasie jego powstawania trochę wychodziła już z mody – bo jak widać, nie z użytku. Nie wdając się w muzykologiczne szczegóły i historię notacji, powiedzmy tylko, że nie da się z niej odczytać dokładnych wysokości i długości dźwięku – czyli nie da się nic zaśpiewać bez pomocy innych źródeł. Chorałowe śpiewy miały jednak na szczęście dłuższy żywot niż ta notacja, i zapisywano je później w sposób, który w dużej mierze umożliwia rekonstrukcję. Żeby więc zespół Gregorianum mógł dziś wykonać fragmenty z rękopisu 1304, potrzebna była muzykologiczna praca: porównanie zapisu bezliniowego z późniejszymi przekazami, i de facto wyciągnięcie melodii z tych późniejszych, dokonane przez Roberta Pożarskiego. Zajrzałam zespołowi w nuty i – szczerze przyznam – na początku trochę się rozczarowałam, widząc uwspółcześnione kwadraty, bez żadnych wskazówek interpretacyjnych, zaczerpniętych z – będącego przecież pretekstem do wykonania – rękopisu 1304. Wybaczyłam im zresztą to rozczarowanie już chwilę później, zdając sobie sprawę z tego, że to przecież w gruncie rzeczy nie do końca „ich” repertuar – a wykonawczo poradzili sobie świetnie. Dodatkowym powodem do wybaczenia były wyświetlane slajdy ze skanami źródła. Świetny pomysł: dla laików – możliwość zobaczenia, jak w ogóle wygląda średniowieczny rękopis; dla znawców – możliwość podśpiewywania w myślach razem z zespołem i śledzenia różnic między zapisem a wykonaniem.

Program składał się z chorałowych fragmentów liturgii godzin (invitatorium, responsoria, antyfony, kantyki i hymn), przeplatanych śpiewanymi fragmentami z Żywotów świętych Piotra Skargi oraz obszernymi fragmentami „dydaktycznymi”, w których jeden z członków zespołu – muzykolog Jacek Iwaszko – przekazywał publiczności podstawową wiedzę na temat źródła, chorału i notacji. Każda z części osobno – bardzo dobra, ale nie wiem, czy na pewno połączyłabym je w taki sposób. Wyglądało to trochę na kompromis między tym, co powinno się przekazać, a domniemanymi oczekiwaniami publiczności (czy naprawdę zawsze jest tak, że im częściej zmienia się sposób przekazu, tym łatwiejszy staje się odbiór?). Bardzo dobrze, że taki repertuar dostał słowa komentarza: nie każdy przecież z siedzących na sali – a śmiem twierdzić, że zupełnie nieliczni – wiedział wcześniej to, o czym mówił Jacek Iwaszko. Komentarz sam w sobie był ciekawy i przystępny, chociaż ze względu na jego długość umieściłabym go raczej na początku, jako wprowadzenie do koncertu, niż między śpiewanymi fragmentami. Czytania ze Skargi, chociaż w sposób oczywisty anachroniczne, broniły się jednak tym, że przekazywały treść związaną z chorałowymi śpiewami w zrozumiałym dla publiczności języku. Same zaś części chorałowe – znowu: same w sobie piękne i bardzo dobrze wykonane, ale poskładanie ze sobą tylu różnych fragmentów, momentów i tematów nie było może najszczęśliwsze. Podobnie jak miejsce: akustycznie niezłe, ale przestrzeń zupełnie nie pasowała do repertuaru.

Z jednej strony – wrażenia bardzo pozytywne. Piękny śpiew, piękny repertuar, przejmujące fragmenty Żywotów, rzeczowe komentarze. Z drugiej – trudno powstrzymać się od pytania, co to właściwie było: wykład ilustrowany muzycznymi fragmentami? Przegadana quasi-liturgia, posklejana z przeróżnych kawałków? Może to tylko moje doświadczenia jarosławskie przeszkadzają mi w akceptacji tego stanu rzeczy – przypomniane tym silniej, że przygotowane przez Roberta Pożarskiego invitatorium zaśpiewane zostało bardzo podobnie, jak na festiwalowych jutrzniach. Może bez nich łatwiej byłoby mi przyjąć ten koncert po prostu jako koncert, jeden z wielu. A tak – mimo licznych pozytywów pozostał dotkliwy niedosyt. Niedosyt pewnej całości, zamiast posklejanych fragmentów. Niedosyt kontekstu. Tego, żeby liturgiczne śpiewy mogły chociaż trochę być liturgią. Niekoniecznie na modernistycznych schodach przed plakatem o Gierymskim. Wreszcie, nazwijmy to, niedosyt tematu. Długo można było szukać związków między samym koncertem a tytułem „Wyśpiewać zmysły”, nadanym – jak rozumiem – tylko i wyłącznie ze względu na próbę powiązania konferencji z jej zamknięciem.

A gdyby tak, Drodzy Państwo Mediewiści, przenieść koncert do jakiegoś bardziej sprzyjającego wnętrza? Rozumiem, że w Warszawie średniowiecznych kościołów brakuje, ale mógłby być nawet trochę nowszy. A gdyby tak wybrać ze źródła jakąś jedną całość – choćby nieszpory, bo pasujące do pory dnia – i zaśpiewać właśnie ją? Z wykładem wprowadzającym i wyświetlanymi skanami rękopisów w trakcie, dlaczego nie. Mogłyby być nawet tłumaczenia z jakiegoś bardziej historycznego przekładu Biblii, dlaczego nie. A gdyby tak dodać do tego repertuaru i do tego wnętrza na przykład jeszcze świece i kadzidło – i trochę bardziej „wyśpiewać zmysły”?

Katarina Livljanić, śpiewaczka, muzykolog i założycielka Ensemble Dialogos mówiła na zajęciach z interpretacji, że chorał nie może być nudą, musi być cudem. W całości. Tutaj – może już tak niewiele brakowało. I stąd właśnie cały ten niedosyt.

strona konferencji - tutaj
szerzej o koncercie (i o rękopisie) - tutaj
strona zespołu - tutaj

czwartek, 13 czerwca 2013

Obudzić zapomniane

W ramach organizowanego przez Warszawską Operę Kameralną cyklu Loża Miłośników Opery odbyło się dziś spotkanie pt. „Affectus melodicus. O zapomnianej tradycji jezuickiego dramatu szkolnego”. Temat nawiązywał do wydanej niedawno książki Tomasza Jeża o muzyce jezuitów na Śląsku*. Wypowiedzi autora przeplatane były muzyką kompozytorów jezuickich, wykonywaną przez Julitę Mirosławską (sopran), Marcina Liwenia (alt) oraz Zespół Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej Musicae Antiquae Collegium Varsoviense. Dialog słowno-muzyczny był tutaj pomysłem bardzo udanym (chociaż nie będziemy przesadzać i porównywać go do formy dramatycznej, w której recytatywy opowiadają właściwą akcję, a arie stanowią pewnego rodzaju zatrzymanie, ilustrację czy komentarz). Prezentowane utwory nie stanowiły całości w stopniu, który uniemożliwiałby wprowadzanie częstych przerw na fragmenty wykładu, a taka wymiana wątków czasami bardzo ułatwia słuchanie. Wiedzieli o tym już twórcy muzyki, której poświęcone było spotkanie, oraz ich zakonni współbracia: jak mogliśmy się dowiedzieć, również i kazania przeplatali oni pieśniami (praktyka śpiewanych kazań była zresztą znana już w czasach Ojców Kościoła, a podobno można ją spotkać jeszcze i współcześnie).

Wykonanie było ciekawe, z utworu na utwór coraz lepsze, chociaż akustyka Sali Kolumnowej na pewno nie pomagała. Tłumaczenia tekstów prezentowane były przez wykonawców, i chociaż do jakości recytacji miejscami można było mieć zastrzeżenia, to jednak bardzo dobrze, że o to zadbano (z wykonania bardzo trudno było wysłyszeć cokolwiek, zwłaszcza tym, którzy nie znają łaciny). Pełna zdrobnień Pastorella Natalitia Georga Brauna nie wywołałaby zapewne tylu uśmiechów, gdyby nie przekład Ingi Grześczak, doskonale wydobywający stylistykę tekstu. Salve Regina Nikolausa Frölicha ujmowała swoim opracowaniem alternatim, w którym fragmenty zaczerpnięte z melodii chorałowej przeplatane były z bogato zdobionymi opracowaniami w stylu barokowym. Aeterne rerum omnium effector Deus, tekst autorstwa jezuickiego świętego Franciszka Ksawerego, usłyszeliśmy w opracowaniu muzycznym Marcina Kreczmera (1631-1696), w formie koncertu wokalnego na dwa głosy solowe i basso continuo.

Karl Pelikan, Georg Braun, Nikolaus Frölich, Karl Rabovius… Nazwiska kompozytorów uświadamiają nam dobitnie, z jak bardzo zapomnianą tradycją mamy do czynienia. W komentarzach do nagrania utworu Luigiego Pozziego przeczytałam kiedyś: „Luigi Pozzi? You don’t even know him unless you are a musicology student…”. Powyższe nazwiska chyba nawet w takiej pamięci nie istnieją (może ewentualnie kolejny z wymienionych, Marcin Kreczmer, pojawił się kiedyś na jakimś wykładzie). Spotkać je można natomiast (przypadek piszącej te słowa) przy katalogowaniu zbiorów muzycznych Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, z której pochodzi większość wykonanych podczas spotkania utworów. Możliwość usłyszenia muzyki, którą zwykle ogląda się jedynie w postaci rękopisów (i to głosów, nie partytur, więc tym trudniej ją sobie słuchowo wyobrazić) jest czymś bardzo poruszającym, i pewnie odejmuje trochę obiektywizmu w odbiorze (o ile coś takiego w ogóle istnieje). Wybacza się sali akustykę, a wykonawcom drobne niedoskonałości, bo to przecież ożywianie źródeł, z którymi codziennie się pracuje, i budzenie muzyki, której – mimo tej codziennej pracy ze źródłami – nie słyszy się często. Oby coraz częściej; cudeńka są w tych naszych archiwach, ciągle jeszcze do odkrycia.

Oprócz wykładu i koncertu w programie wieczoru znalazł się również pokaz źródeł – rękopisów zawierających wykonane utwory. W opisie katalogowym wyglądają skromnie, ale dzięki bazom RISM można je podejrzeć chociaż trochę, np. tu: M. Kreczmer, Aeterne rerum...C. Rabovius, O Domine Jesu.

Kto nie miał okazji słyszeć dziś na żywo (albo komu mało), w podobnej tematyce jutro program Dawno – niedawno w radiowej Dwójce (od 9:45) i spotkanie w Bibliotece Uniwersyteckiej (o 17, więcej informacji tutaj).

*T. Jeż, Kultura muzyczna jezuitów na Śląsku i ziemi kłodzkiej (1581-1776), wyd. Sub Lupa, Warszawa 2013. Książkę też polecamy - jeszcze w trakcie czytania, ale ciągle odnajdujemy w niej nowe źródłowe smaczki :)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Ti par gran maraviglia...


zapowiedź, 16-17 lutego (i jeszcze parę wspomnień po drodze)


Viva Biancaluna Biffi miała w planach koncert w Warszawie gdzieś w połowie listopada 2010 roku. Razem z nią mieli wystąpić również Armando Illario i Simone Mongelli, przedstawiając program złożony z pieśni włoskich. Koniec końców wystąpili sami, bez śpiewaczki, która przyjechać nie mogła. Fragmenty tamtego koncertu są do posłuchania tutaj.
Przypomniało mi się to wydarzenie, bo dziś – zupełnie przypadkiem – znalazłam nagranie fragmentów tego niewykonanego wówczas programu. I tak sobie pomyślałam - w ramach historii alternatywnych - co by było, gdybym Vivę usłyszała po raz pierwszy jednak wtedy, a nie dziewięć miesięcy później, na festiwalu w Jarosławiu. Pewnie byłabym podobnie zachwycona. Może nawet wyszłabym z tego koncertu z właściwszymi zachwytami, niż w rzeczywistości miały miejsce.
Tak to jednak jest, że niekiedy potrzeba czasu na przygotowanie, choć jeszcze się o tym nie wie. „Pewne rzeczy przydarzają się nam chyba tylko po to, żeby lepiej rozumieć historię kultury” – a zapewne pieśni z jarosławskiego koncertu nie poruszyłyby mnie wtedy tak bardzo, gdyby nie cała ta droga, którą przeszłam od tamtego listopada. Tak to jest, że potrzeba czasu – może właśnie wtedy, kiedy chodzi się z tekstem do napisania, z decyzją do podjęcia, pozornie ten czas tracąc. Może to i prawda, że dzieci najbardziej rosną wtedy, kiedy śpią. A może też właśnie w najbardziej pustym czasie najbardziej dojrzewają w nas pomysły, koncepty, decyzje, czasami nawet głos. Gdybym nie wiedziała, jak bardzo osobiste może być to pytanie, zapytałabym Vivę, co się stało, że z wiolonczelistki stała się również śpiewaczką.

16 i 17 lutego Viva Biancaluna Biffi wystąpi w Warszawie w ramach festiwalu Mazovia Goes Baroque (program 16 tu, a 17 tu).

Tego samego festiwalu, na którym miała być w listopadzie 2010 roku, ale już z innym programem. Festiwal też już dojrzewa i obrasta historiami: jedne wspomnienia zaraz przywołują na myśl drugie… Bardzo polecam się wybrać. W przeciwieństwie do Jarosławia, w Warszawie pewnie tekstów na wyświetlaczu nie będzie, więc może nie trzeba aż tak długich przygotowań uczuciowych po to tylko, żeby zauważyć („w ramach niepoważności, oczywiście”), że autorzy włoskich pieśni sprzed wieków tak bardzo nas przewidzieli :-)

czwartek, 24 stycznia 2013

Baśń lipcowa


mały zachwyt, bo dawno nie było [opisów, z zachwytami nie tak źle], a dziś to już musiałam :-)


Dawno, dawno temu – tak dawno, że już nie pamiętam tego wydarzenia – jak opowiada moja mama, byłam w wiedeńskiej Staatsoper na Czarodziejskim flecie po raz pierwszy. Byłam, ale trudno użyć tu słowa „widziałam”, bo na tym etapie życia było to jeszcze niemożliwe. Nie wiem nawet, czy pasowałoby „słyszałam”, bo moje uszy prawdopodobnie dopiero się kształtowały. Ale przecież muzykę odczuwa się całością siebie, jakakolwiek to całość. Zwłaszcza taką muzykę. 

Próbowałam kiedyś policzyć, ile razy od tamtej pory widziałam i słyszałam to dzieło na żywo – gubię się w tym liczeniu, ale myślę, że wyszłoby dobre dwadzieścia. Wykonania były różne, czasami takie, że wolałam tylko słyszeć, niż widzieć i słyszeć, czasami takie, że i słyszenie wymagało nałożenia sporej warstwy wyobraźni. Zawsze było w nich jednak coś z zachwytu. Są takie dzieła, które bardzo trudno jest zniszczyć, nawet niedoskonałym wykonaniem, bo bronią się po prostu same sobą – i to jest właśnie jedno z takich.
Mimo tylu spotkań, mimo znajomości prawie na pamięć - ani razu nie pojawiło się znudzenie. Za każdym razem było coś do odkrycia. Na coś innego zwrócił uwagę któryś ze śpiewaków, może któraś fraza była inna niż zwykle… A może po prostu inny moment w życiu słuchającej, jakiś zbieg okoliczności i wydarzeń, który kazał zauważać to, co wcześniej pozostawało pomijane. Sceny pożegnania nie zawsze przecież brzmią tak samo. Rytuały przejścia nie zawsze są tak wyraziste. Już nie mówiąc o tym absurdalnym konstrukcie – nie mającym chyba jednak nic wspólnego z librettem, więc nie wiem, skąd wziął się w mojej głowie dobre parę (o ile nie paręnaście) lat temu – że Pamina jest córką Królowej Nocy i… Sarastra.

W ramach zajęć na muzykologii miałam dzisiaj okazję prowadzić panel dyskusyjny o symbolice w Czarodziejskim flecie. Przyznam szczerze, że bardzo pozytywnie zdziwiła mnie ta cała sytuacja – jak zawsze, kiedy ktoś nazywa to, co od dawna czułam, chociaż nigdy nie przychodziło mi do głowy ubieranie tego w słowa. 
Baśń. W pewnym sensie przekaz uniwersalny, dotykający jakichś kulturowo-psychicznych struktur, tak głębokich, że często nawet nie wiemy, dlaczego nas poruszają. Od dzieciństwa. Może w tym poruszeniu za każdym razem jest coś z dziecięcego widzenia świata: śmiech, łzy, wciągnięcie w opowieść. A dziś – widzieć te kilkanaście uśmiechów, ten magnetyzm pewnej prościutkiej, zwrotkowej arii… Bezcenne.
[A od powrotu do domu słucham fragmentów Czarodziejskiego fletu w interpretacji René Jacobsa – chyba wreszcie zaszaleję i nabędę tę „kontrowersyjną” wersję, bo podoba mi się coraz bardziej. Ale o niej nie będzie póki co, może kiedyś, w ramach jakiejś bardziej poważnej (chociaż bardzo spóźnionej, ale lepiej późno niż wcale) „recenzji”.]

Nie wiem, czy to sprawa tego pierwszego spotkania z dziełem dawno temu, czy może raczej corocznych Festiwali Mozartowskich w Warszawskiej Operze Kameralnej, czy jeszcze czegoś innego – może jakiegoś ciepła wewnętrznego, które w tej muzyce i w tej opowieści niewątpliwie jest. Ale zawsze, ilekroć słyszę tę operę, mam jakieś absurdalne wrażenie, że jest lipiec.

*z ostatniej chwili, znalezione na niemieckiej wikipedii: Im Juli 1791 war die Oper mit Ausnahme der Ouvertüre und des Priestermarsches abgeschlossen.

poniedziałek, 5 listopada 2012

The Banquet of Musick

zapowiedź, 6.11

Jutro o 19 w warszawskiej Filharmonii muzyka dawnego Londynu. Zagra New London Consort pod dyrekcją Philipa Picketta - słyszałam, że bardzo warto (czy bilety jeszcze są - nie wiem, czy wejściówki będą - nie wiem tym bardziej).
Mnie niestety nie będzie - jeśli komuś się uda, niech się podzieli wrażeniami!

Zasłuchanie

zapiski na marginesie, Mazovia Goes Baroque 5/2012 cz. 1,
2-4 listopada


To już nie pierwszy raz, kiedy w wypowiedziach muzyków z zachodniej Europy na temat ich koncertów w Polsce pojawia się motyw zasłuchanej publiczności. Czy rzeczywiście jesteśmy aż tak różni, nie wiem. Na ile są to tylko wzajemne grzeczności i świadectwo kultury osobistej obu stron – tak muzyków, którym – zapytanym o wrażenia z własnego koncertu – wypada odpowiedzieć coś pozytywnego, jak i publiczności, której wypada słuchać, kiedy się do niej mówi lub śpiewa – nie wiem.

Wiem tylko tyle, że Marc Mauillon po swoich trzech warszawskich koncertach w S1 sprawiał wrażenie szczerze ujętego atmosferą. To niesamowite – mówił – że ludzie tak słuchają, nawet jeśli nie rozumieją tekstu.

Wiem tylko tyle, że my – odbiorcy – sprawialiśmy wrażenie szczerze zasłuchanych. Było łatwiej lub trudniej, w zależności od momentu, przytomności i tego, czy siedzący za nami uznali za stosowne komentować.

Bo też było i czego słuchać. Pierwszy wieczór – Remède de Fortune Guillaume’a de Machaut (wyk. VivaBiancaLuna Biffi – śpiew, fidel, Pierre Hamon – flety, Angélique Mauillon – harfa gotycka, śpiew, Marc Mauillon – śpiew) był swoistym misterium opowieści, w którym recytacja przeplatała się z pieśnią. Program – wydawać by się mogło – wymagający, utwory długie, melodie powtarzalne. „Wszystkie melodie Machauta są do siebie podobne” – można było usłyszeć po koncercie, i może rzeczywiście coś w tym jest, jeśli tak wyrazimy pewną indywidualność stylu; wszak i z kompozytorami epok późniejszych niektórzy mają podobnie („jak grają coś Chopina, to od razu słychać, że to Chopin”). Długie i powtarzalne – czyli nuda? Nic podobnego. Podróż. Podróż do świata pieśni, które liczą sobie już ponad sześćset lat, a wciąż jeszcze – jak się okazuje – potrafią być żywe.

Remède de Fortune to opowieść o miłości, nieśmiałości, nadziei i konwencji. W warstwie znaczeniowej – urocza opowieść, zrozumiała jednak dla większości jedynie ogólnie, dzięki wprowadzeniu. W warstwie tekstowej – kunsztowna poezja, której rytmy i bogactwo wybrzmiewało w całej pełni, i tutaj warto było jednak rozumieć chociaż pojedyncze słowa, żeby mniej więcej odnajdywać się kontekstowo. I wreszcie w warstwie muzycznej – niby w języku dość uniwersalnym, ale ciągle jeszcze chyba bardziej odczuwanym (dobre i to, jeśli to!) niż do końca rozumianym – misterna konstrukcja, w której monodia przeplata się z polifonią.* Głosy ludzkie i głosy instrumentów, razem i osobno, z wybrzmiewającą niezwykłą wrażliwością i zróżnicowaniem barw. Tekst i muzyka, chciałoby się podobnie powiedzieć: razem i osobno, ale tu były w jakiś niesamowity sposób powiązane, i razem i osobno, ani razem, ani osobno. We fragmentach instrumentalnych pobrzmiewała recytacja, w recytacji – melodia. Po kolejnych zwrotkach i kolejnych pieśniach nie przychodziło znużenie, a kiedy dobiegły końca, chciało się, by trwały jeszcze choć trochę. Magnetyzm opowieści, chciałoby się powiedzieć – tak w XIV wieku, jak i dziś; mimo upływu czasu ciągle działa. Co to jednak jest, ta opowieść? Warstwa znaczeniowa, której właściwie „na bieżąco” nie rozumiemy? Warstwa tekstowa, owszem, bardzo dobrze wydobyta przez śpiewaków, ale jednak bez tego znaczenia „opowieściowo” pozornie pusta? Warstwa muzyczna, owszem, pełna barw i współbrzmień, ale czy to ona miałaby być narracją? Po muzyce ilustracyjnej i „Muzyce mową dźwięków” takie pomysły już nas nie dziwią, ale jednak… A może jest ona – ta opowieść – gdzieś pomiędzy. Może wcale nie musimy wiedzieć, gdzie jest, jeśli tylko wiemy, że jest.

Drugi wieczór w tym samym składzie autorskim i wykonawczym: tym razem drobne utwory Machauta. Małe cudeńka, zagrane i zaśpiewane z lekkością i starannością jednocześnie. Trochę brakowało już atmosfery całości, wejścia w świat tych pieśni, która tak pięknie zaistniała pierwszego wieczoru. Ale była lekkość właśnie – lekkość i zaangażowanie, to połączenie, które tak urzeka w dobrych wykonaniach. Nie nudne „muzeum” i zmęczenie, a właśnie muzyka żywa, mimo sześciu wieków. Na bis fragment programu z poprzedniego dnia – chanson balladée Dame, a vous sans retoillir, należąca do bardzo „klejących” melodii (niektórym śpiewała się później przez pół nocy).

I wreszcie wieczór trzeci. Tym razem muzyka wczesnego baroku, wśród wykonawców Angélique Mauillon (harfa barokowa), Marc Mauillon (śpiew) i Friederike Heumann (viola da gamba, lirone). Przenieśliśmy się w czasie od poprzedniego koncertu o jakieś trzysta lat, muzyka już zupełnie inna – i tak jak słuchacz zmiany epok przyjmuje w miarę bezboleśnie (zwłaszcza taki przyzwyczajony do festiwali, albo taki, który się nad tym wcale nie zastanawia), tak u wykonawców ta łatwość zawsze budzi pewien podziw. Muzyka inna, a lekkość, zaangażowanie i piękno pozostają. Choć miało się wrażenie, że podczas pierwszych dwóch koncertów wykonawcy bardziej stanowili „zespół”, bardziej się rozumieli i współpracowali ze sobą, niż w składzie z trzeciego koncertu. Czy to kwestia oswojenia z miejscem, ze sobą nawzajem, czy w ogóle czego innego, może akurat dnia – rodzeństwo Mauillon wypadło tu dużo lepiej niż gambistka Friederike Heumann, przez większą część koncertu spięta i sprawiająca wrażenie walczącej ze sobą i instrumentami. (Swoją drogą – czy jest na sali jakiś świadomy muzykolog, który powiedziałby mi, czy zamiana instrumentu w trakcie utworu – violi na lirone i odwrotnie – jest jakąś „przyjętą” praktyką i tylko mnie bardzo zdziwiła?) Ale zdarzały się też utwory, w których było już zupełnie dobrze, więc – można. Może innym razem… Ciekawie było też widzieć – czy raczej: słyszeć – dialogi między muzyką a tekstem, „odwieczne” muzyczne spory, które z nich jest ważniejsze. I tak jak w pieśniach Guillaume’a de Machaut stanowiły one jakąś niesamowitą jedność, tak w pieśniach wczesnego baroku chwilami można było odnieść wrażenie, że muzyka bierze górę i „ponosi” (czy rzeczywiście z pożytkiem dla siebie samej?), zwłaszcza wtedy, gdy towarzyszyła tekstom włoskim.

Intemporalité. Ponadczasowość. Chciałoby się powiedzieć, że dobra opowieść pozostaje zawsze żywa, bo trwając w czasie (a nawet – jak chcą niektórzy – w trzech czasach) potrafi być od niego niezależna. I może właśnie mniej lub bardziej uświadomione zdumienie tym każe nam się zatrzymać – i słuchać.

Intemporalité. To uczucie, kiedy stoisz na czerwonym świetle i śpiewasz – a piosenka ta liczy sobie sześćset lat. Quelle importance.

_______________
*Nie mniej urocza jest warstwa zapisu, którą można obejrzeć np. tutaj, ale ona już do koncertu (bezpośrednio) nie należy.


program koncertu 2 listopada

poniedziałek, 1 października 2012

Chodźcie do Ćwiczeniówki!

zapowiedź, 2.10


W najbliższy wtorek o 17 w tzw. Ćwiczeniówce (Biblioteka Krasińskich, ul. Okólnik 9, Warszawa) do posłuchania muzyka Corellego, Vivaldiego i Telemanna w wykonaniu Agaty Meissner (klawesyn) i Katarzyny Szewczyk (skrzypce). 

W tym miejscu powinny zaistnieć co najmniej dwie opowieści: jedna o tym, co to w ogóle jest Ćwiczeniówka, bo i miejsce, i idea jego ożywienia są bardzo ciekawe, a druga o tym, dlaczego warto akurat jutro. Ale zmęczenie - wybaczcie - jest za duże, żeby zaistniały one dziś, więc musicie uwierzyć na te parę słów, że warto i trzeba - i po prostu przyjść. :)