Parę godzin temu zakończyła się w Muzeum Narodowym w Warszawie
konferencja studencko-doktorancka „Zmysły w kulturze średniowiecza”
współorganizowana przez Muzeum i Sekcję Mediewistyczną SKNH UW. O samej
konferencji nie będzie – byłam za krótko, żeby się wypowiadać. Będzie tylko o
koncercie, który odbył się na jej zakończenie.
Zespół Męski Gregorianum zaśpiewał program – jak przyznają sami
wykonawcy – trochę spoza ich głównych zainteresowań: wcześniejszy niż renesansowy,
w całości monodyczny. Konferencja była mediewistyczna, więc repertuar był tym
razem średniowieczny, zaczerpnięty z przechowywanego w Muzeum Narodowym
rękopisu o sygnaturze 1304 – brewiarza datowanego na początek XIII wieku. Samo
źródło jest tyleż ciekawe, co tajemnicze: znalazło się w Muzeum dopiero na
początku XX wieku (w Zbiorach Ikonograficznych i Fotograficznych), pochodzi
najprawdopodobniej z południowych Niemiec, gdzie pozostawało przynajmniej do
połowy XV wieku, i zapisane jest notacją sanktgalleńską bez linii, która w
czasie jego powstawania trochę wychodziła już z mody – bo jak widać, nie z
użytku. Nie wdając się w muzykologiczne szczegóły i historię notacji, powiedzmy
tylko, że nie da się z niej odczytać dokładnych wysokości i długości dźwięku –
czyli nie da się nic zaśpiewać bez pomocy innych źródeł. Chorałowe śpiewy miały
jednak na szczęście dłuższy żywot niż ta notacja, i zapisywano je później w
sposób, który w dużej mierze umożliwia rekonstrukcję. Żeby więc zespół
Gregorianum mógł dziś wykonać fragmenty z rękopisu 1304, potrzebna była
muzykologiczna praca: porównanie zapisu bezliniowego z późniejszymi przekazami,
i de facto wyciągnięcie melodii z tych późniejszych, dokonane przez Roberta
Pożarskiego. Zajrzałam zespołowi w nuty i – szczerze przyznam – na początku
trochę się rozczarowałam, widząc uwspółcześnione kwadraty, bez żadnych
wskazówek interpretacyjnych, zaczerpniętych z – będącego przecież pretekstem do
wykonania – rękopisu 1304. Wybaczyłam im zresztą to rozczarowanie już chwilę
później, zdając sobie sprawę z tego, że to przecież w gruncie rzeczy nie do
końca „ich” repertuar – a wykonawczo poradzili sobie świetnie. Dodatkowym
powodem do wybaczenia były wyświetlane slajdy ze skanami źródła. Świetny
pomysł: dla laików – możliwość zobaczenia, jak w ogóle wygląda średniowieczny
rękopis; dla znawców – możliwość podśpiewywania w myślach razem z zespołem i
śledzenia różnic między zapisem a wykonaniem.
Program składał się z chorałowych fragmentów liturgii godzin
(invitatorium, responsoria, antyfony, kantyki i hymn), przeplatanych śpiewanymi
fragmentami z Żywotów świętych Piotra
Skargi oraz obszernymi fragmentami „dydaktycznymi”, w których jeden z członków
zespołu – muzykolog Jacek Iwaszko – przekazywał publiczności podstawową wiedzę
na temat źródła, chorału i notacji. Każda z części osobno – bardzo dobra, ale
nie wiem, czy na pewno połączyłabym je w taki sposób. Wyglądało to trochę na
kompromis między tym, co powinno się przekazać, a domniemanymi oczekiwaniami
publiczności (czy naprawdę zawsze jest tak, że im częściej zmienia się sposób
przekazu, tym łatwiejszy staje się odbiór?). Bardzo dobrze, że taki repertuar
dostał słowa komentarza: nie każdy przecież z siedzących na sali – a śmiem
twierdzić, że zupełnie nieliczni – wiedział wcześniej to, o czym mówił Jacek
Iwaszko. Komentarz sam w sobie był ciekawy i przystępny, chociaż ze względu na
jego długość umieściłabym go raczej na początku, jako wprowadzenie do koncertu,
niż między śpiewanymi fragmentami. Czytania ze Skargi, chociaż w sposób
oczywisty anachroniczne, broniły się jednak tym, że przekazywały treść związaną
z chorałowymi śpiewami w zrozumiałym dla publiczności języku. Same zaś części
chorałowe – znowu: same w sobie piękne i bardzo dobrze wykonane, ale
poskładanie ze sobą tylu różnych fragmentów, momentów i tematów nie było może
najszczęśliwsze. Podobnie jak miejsce: akustycznie niezłe, ale przestrzeń
zupełnie nie pasowała do repertuaru.
Z jednej strony – wrażenia bardzo pozytywne. Piękny śpiew,
piękny repertuar, przejmujące fragmenty Żywotów,
rzeczowe komentarze. Z drugiej – trudno powstrzymać się od pytania, co to
właściwie było: wykład ilustrowany muzycznymi fragmentami? Przegadana
quasi-liturgia, posklejana z przeróżnych kawałków? Może to tylko moje
doświadczenia jarosławskie przeszkadzają mi w akceptacji tego stanu rzeczy –
przypomniane tym silniej, że przygotowane przez Roberta Pożarskiego
invitatorium zaśpiewane zostało bardzo podobnie, jak na festiwalowych
jutrzniach. Może bez nich łatwiej byłoby mi przyjąć ten koncert po prostu jako
koncert, jeden z wielu. A tak – mimo licznych pozytywów pozostał dotkliwy
niedosyt. Niedosyt pewnej całości, zamiast posklejanych fragmentów. Niedosyt
kontekstu. Tego, żeby liturgiczne śpiewy mogły chociaż trochę być liturgią.
Niekoniecznie na modernistycznych schodach przed plakatem o Gierymskim.
Wreszcie, nazwijmy to, niedosyt tematu. Długo można było szukać związków między
samym koncertem a tytułem „Wyśpiewać zmysły”, nadanym – jak rozumiem – tylko i
wyłącznie ze względu na próbę powiązania konferencji z jej zamknięciem.
A gdyby tak, Drodzy Państwo Mediewiści, przenieść koncert do
jakiegoś bardziej sprzyjającego wnętrza? Rozumiem, że w Warszawie
średniowiecznych kościołów brakuje, ale mógłby być nawet trochę nowszy. A gdyby
tak wybrać ze źródła jakąś jedną całość – choćby nieszpory, bo pasujące do pory
dnia – i zaśpiewać właśnie ją? Z wykładem wprowadzającym i wyświetlanymi
skanami rękopisów w trakcie, dlaczego nie. Mogłyby być nawet tłumaczenia z
jakiegoś bardziej historycznego przekładu Biblii, dlaczego nie. A gdyby tak
dodać do tego repertuaru i do tego wnętrza na przykład jeszcze świece i
kadzidło – i trochę bardziej „wyśpiewać zmysły”?
Katarina Livljanić, śpiewaczka, muzykolog i założycielka
Ensemble Dialogos mówiła na zajęciach z interpretacji, że chorał nie może być
nudą, musi być cudem. W całości. Tutaj – może już tak niewiele brakowało. I
stąd właśnie cały ten niedosyt.
strona konferencji - tutaj
szerzej o koncercie (i o rękopisie) - tutaj
strona zespołu - tutaj