poniedziałek, 5 listopada 2012

The Banquet of Musick

zapowiedź, 6.11

Jutro o 19 w warszawskiej Filharmonii muzyka dawnego Londynu. Zagra New London Consort pod dyrekcją Philipa Picketta - słyszałam, że bardzo warto (czy bilety jeszcze są - nie wiem, czy wejściówki będą - nie wiem tym bardziej).
Mnie niestety nie będzie - jeśli komuś się uda, niech się podzieli wrażeniami!

Zasłuchanie

zapiski na marginesie, Mazovia Goes Baroque 5/2012 cz. 1,
2-4 listopada


To już nie pierwszy raz, kiedy w wypowiedziach muzyków z zachodniej Europy na temat ich koncertów w Polsce pojawia się motyw zasłuchanej publiczności. Czy rzeczywiście jesteśmy aż tak różni, nie wiem. Na ile są to tylko wzajemne grzeczności i świadectwo kultury osobistej obu stron – tak muzyków, którym – zapytanym o wrażenia z własnego koncertu – wypada odpowiedzieć coś pozytywnego, jak i publiczności, której wypada słuchać, kiedy się do niej mówi lub śpiewa – nie wiem.

Wiem tylko tyle, że Marc Mauillon po swoich trzech warszawskich koncertach w S1 sprawiał wrażenie szczerze ujętego atmosferą. To niesamowite – mówił – że ludzie tak słuchają, nawet jeśli nie rozumieją tekstu.

Wiem tylko tyle, że my – odbiorcy – sprawialiśmy wrażenie szczerze zasłuchanych. Było łatwiej lub trudniej, w zależności od momentu, przytomności i tego, czy siedzący za nami uznali za stosowne komentować.

Bo też było i czego słuchać. Pierwszy wieczór – Remède de Fortune Guillaume’a de Machaut (wyk. VivaBiancaLuna Biffi – śpiew, fidel, Pierre Hamon – flety, Angélique Mauillon – harfa gotycka, śpiew, Marc Mauillon – śpiew) był swoistym misterium opowieści, w którym recytacja przeplatała się z pieśnią. Program – wydawać by się mogło – wymagający, utwory długie, melodie powtarzalne. „Wszystkie melodie Machauta są do siebie podobne” – można było usłyszeć po koncercie, i może rzeczywiście coś w tym jest, jeśli tak wyrazimy pewną indywidualność stylu; wszak i z kompozytorami epok późniejszych niektórzy mają podobnie („jak grają coś Chopina, to od razu słychać, że to Chopin”). Długie i powtarzalne – czyli nuda? Nic podobnego. Podróż. Podróż do świata pieśni, które liczą sobie już ponad sześćset lat, a wciąż jeszcze – jak się okazuje – potrafią być żywe.

Remède de Fortune to opowieść o miłości, nieśmiałości, nadziei i konwencji. W warstwie znaczeniowej – urocza opowieść, zrozumiała jednak dla większości jedynie ogólnie, dzięki wprowadzeniu. W warstwie tekstowej – kunsztowna poezja, której rytmy i bogactwo wybrzmiewało w całej pełni, i tutaj warto było jednak rozumieć chociaż pojedyncze słowa, żeby mniej więcej odnajdywać się kontekstowo. I wreszcie w warstwie muzycznej – niby w języku dość uniwersalnym, ale ciągle jeszcze chyba bardziej odczuwanym (dobre i to, jeśli to!) niż do końca rozumianym – misterna konstrukcja, w której monodia przeplata się z polifonią.* Głosy ludzkie i głosy instrumentów, razem i osobno, z wybrzmiewającą niezwykłą wrażliwością i zróżnicowaniem barw. Tekst i muzyka, chciałoby się podobnie powiedzieć: razem i osobno, ale tu były w jakiś niesamowity sposób powiązane, i razem i osobno, ani razem, ani osobno. We fragmentach instrumentalnych pobrzmiewała recytacja, w recytacji – melodia. Po kolejnych zwrotkach i kolejnych pieśniach nie przychodziło znużenie, a kiedy dobiegły końca, chciało się, by trwały jeszcze choć trochę. Magnetyzm opowieści, chciałoby się powiedzieć – tak w XIV wieku, jak i dziś; mimo upływu czasu ciągle działa. Co to jednak jest, ta opowieść? Warstwa znaczeniowa, której właściwie „na bieżąco” nie rozumiemy? Warstwa tekstowa, owszem, bardzo dobrze wydobyta przez śpiewaków, ale jednak bez tego znaczenia „opowieściowo” pozornie pusta? Warstwa muzyczna, owszem, pełna barw i współbrzmień, ale czy to ona miałaby być narracją? Po muzyce ilustracyjnej i „Muzyce mową dźwięków” takie pomysły już nas nie dziwią, ale jednak… A może jest ona – ta opowieść – gdzieś pomiędzy. Może wcale nie musimy wiedzieć, gdzie jest, jeśli tylko wiemy, że jest.

Drugi wieczór w tym samym składzie autorskim i wykonawczym: tym razem drobne utwory Machauta. Małe cudeńka, zagrane i zaśpiewane z lekkością i starannością jednocześnie. Trochę brakowało już atmosfery całości, wejścia w świat tych pieśni, która tak pięknie zaistniała pierwszego wieczoru. Ale była lekkość właśnie – lekkość i zaangażowanie, to połączenie, które tak urzeka w dobrych wykonaniach. Nie nudne „muzeum” i zmęczenie, a właśnie muzyka żywa, mimo sześciu wieków. Na bis fragment programu z poprzedniego dnia – chanson balladée Dame, a vous sans retoillir, należąca do bardzo „klejących” melodii (niektórym śpiewała się później przez pół nocy).

I wreszcie wieczór trzeci. Tym razem muzyka wczesnego baroku, wśród wykonawców Angélique Mauillon (harfa barokowa), Marc Mauillon (śpiew) i Friederike Heumann (viola da gamba, lirone). Przenieśliśmy się w czasie od poprzedniego koncertu o jakieś trzysta lat, muzyka już zupełnie inna – i tak jak słuchacz zmiany epok przyjmuje w miarę bezboleśnie (zwłaszcza taki przyzwyczajony do festiwali, albo taki, który się nad tym wcale nie zastanawia), tak u wykonawców ta łatwość zawsze budzi pewien podziw. Muzyka inna, a lekkość, zaangażowanie i piękno pozostają. Choć miało się wrażenie, że podczas pierwszych dwóch koncertów wykonawcy bardziej stanowili „zespół”, bardziej się rozumieli i współpracowali ze sobą, niż w składzie z trzeciego koncertu. Czy to kwestia oswojenia z miejscem, ze sobą nawzajem, czy w ogóle czego innego, może akurat dnia – rodzeństwo Mauillon wypadło tu dużo lepiej niż gambistka Friederike Heumann, przez większą część koncertu spięta i sprawiająca wrażenie walczącej ze sobą i instrumentami. (Swoją drogą – czy jest na sali jakiś świadomy muzykolog, który powiedziałby mi, czy zamiana instrumentu w trakcie utworu – violi na lirone i odwrotnie – jest jakąś „przyjętą” praktyką i tylko mnie bardzo zdziwiła?) Ale zdarzały się też utwory, w których było już zupełnie dobrze, więc – można. Może innym razem… Ciekawie było też widzieć – czy raczej: słyszeć – dialogi między muzyką a tekstem, „odwieczne” muzyczne spory, które z nich jest ważniejsze. I tak jak w pieśniach Guillaume’a de Machaut stanowiły one jakąś niesamowitą jedność, tak w pieśniach wczesnego baroku chwilami można było odnieść wrażenie, że muzyka bierze górę i „ponosi” (czy rzeczywiście z pożytkiem dla siebie samej?), zwłaszcza wtedy, gdy towarzyszyła tekstom włoskim.

Intemporalité. Ponadczasowość. Chciałoby się powiedzieć, że dobra opowieść pozostaje zawsze żywa, bo trwając w czasie (a nawet – jak chcą niektórzy – w trzech czasach) potrafi być od niego niezależna. I może właśnie mniej lub bardziej uświadomione zdumienie tym każe nam się zatrzymać – i słuchać.

Intemporalité. To uczucie, kiedy stoisz na czerwonym świetle i śpiewasz – a piosenka ta liczy sobie sześćset lat. Quelle importance.

_______________
*Nie mniej urocza jest warstwa zapisu, którą można obejrzeć np. tutaj, ale ona już do koncertu (bezpośrednio) nie należy.


program koncertu 2 listopada

poniedziałek, 1 października 2012

Chodźcie do Ćwiczeniówki!

zapowiedź, 2.10


W najbliższy wtorek o 17 w tzw. Ćwiczeniówce (Biblioteka Krasińskich, ul. Okólnik 9, Warszawa) do posłuchania muzyka Corellego, Vivaldiego i Telemanna w wykonaniu Agaty Meissner (klawesyn) i Katarzyny Szewczyk (skrzypce). 

W tym miejscu powinny zaistnieć co najmniej dwie opowieści: jedna o tym, co to w ogóle jest Ćwiczeniówka, bo i miejsce, i idea jego ożywienia są bardzo ciekawe, a druga o tym, dlaczego warto akurat jutro. Ale zmęczenie - wybaczcie - jest za duże, żeby zaistniały one dziś, więc musicie uwierzyć na te parę słów, że warto i trzeba - i po prostu przyjść. :)


czwartek, 27 września 2012

Chorał sarmacki

zapowiedź, 30.09

I kolejne "pożyczone" zaproszenie: 

Serdecznie zapraszamy na finałowy koncert projektu "Chorał sarmacki", który odbędzie się w niedzielę 30 września w Sali Koncertowej PR im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie,
o godz. 19:00.

W programie koncertu znajdą się sakralne utwory Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego: Missa Rorate, Completorium i Salve Regina. Uzupełnieniem muzyki wielogłosowej, tak by dzieła miały pełny kształt liturgiczny, będą śpiewy chorałowe z Ksiąg Piotrkowskich
z XVII w. 
Wykonawcami koncertu będą:
Soliści zespołu Bornus Consort: Kira Boreczko, Mirosław Borczyński, Marcin Bornus-Szczyciński, Robert Lawaty, Robert Pożarski - kantor, Stanisław Szczyciński.
Zespół wokalny Tempus w składzie: Magdalena Gruziel, Agnieszka Drążczyk, Andrzej Borzym jr - szef zespołu, Leszek Kubiak.
Chór Sarmacki im. Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego.
Zespół instrumentów dawnych pod kierunkiem Zbigniewa Pilcha.

Bilety można kupić tutaj:
http://sklep.polskieradio.pl/Category/84-koncerty-bilety.aspx

Koncert, w ramach projektu "Chorał sarmacki", jest finansowany przez Muzeum Historii Polski w ramach programu "Patriotyzm jutra" oraz Instytut Muzyki i Tańca
w ramach programu "Nowe interpretacje".

Robert Pożarski w imieniu Stowarzyszenia "Schola Gregoriana Silesiensis"

wtorek, 25 września 2012

Wratislavia ridens

zapiski na marginesie, Rachel Podger na festiwalu Wratislavia Cantans, 1.09*



Śmiech Rachel Podger jest jak muzyka. Głośny, żywy, przywodzący na myśl szklane, lśniące, rozsypujące się kulki. Takie były pierwsze dźwięki, jakie usłyszałam po przyjeździe do Wrocławia, zbyt późnym, by zdążyć na koncerty odbywające się o 13 i o 15 (włączyłam radiową Dwójkę akurat w czasie wywiadu ze skrzypaczką, wypełniającego przerwę pomiędzy nimi). A potem koncert o 17, ostatni z trzech tego dnia, zdążyłam nań chyba cudem, w biegu, z biura festiwalowego do barokowej Auli Leopoldiny. Śmiech z wywiadu radiowego, częsty, perlisty, żywiołowy, jeszcze brzmiał mi w uszach.

Sobotnie popołudnie na początku festiwalu Wratislavia Cantans wypełnione było muzyką Jana Sebastiana Bacha. Angielskiej skrzypaczce Rachel Podger towarzyszył założony przez nią zespół Brecon Baroque. W pierwszej odsłonie (o godzinie 13) zabrzmiał Koncert skrzypcowy a-moll BWV 1041, Koncert klawesynowy d-moll BWV 1052 i Koncert na troje skrzypiec D-dur BWV 1064R. W drugiej (o godzinie 15) – Koncert skrzypcowy E-dur BWV 1042, Koncert na obój d’amore BWV 1055R i Koncert na dwoje skrzypiec d-moll BWV 1043. Trzy z wymienionych koncertów (BWV 1041, 1042 i 1043) są stosunkowo wczesne, powstały w Köthen w latach 1717-23, w latach 30. XVIII wieku zostały natomiast przerobione na koncerty klawesynowe (już w Lipsku). Świadectwa tej praktyki pozwoliły na działanie odwrotne: rekonstrukcję domniemanych wcześniejszych koncertów skrzypcowych na podstawie późniejszych klawesynowych. Z takich właśnie dzieł składała się w większości trzecia odsłona, podczas której mogliśmy usłyszeć Koncert skrzypcowy g-moll BWV 1056R, Koncert na altówkę Es-dur BWV 1053R i Koncert podwójny na obój i skrzypce c-moll BWV 1060R, a także fragment Musikalisches Opfer.

Muzyka Rachel Podger jest jak śmiech. Lekka, ale dobywana gdzieś z wnętrza. Pozytywne emocje pokrywają wszystko, nawet potrzebne chwile zastanowienia w wolniejszych częściach. Kaskady dźwięku. Intensywność. Zaangażowanie. Chwila, kiedy patrzy na resztę zespołu, wyczekując momentu swojego wejścia. Mrugnięcie okiem, wejście w rytm. Pewnym kontrastem dla śmiechu Rachel Podger była jakaś kojąca słodycz w grze oboistki Alexandry Bellamy. Południowa uroda, strój, a może najbardziej same dźwięki instrumentu przywoływały na myśl bliskowschodnich zaklinaczy węży. Śmiech i magnetyzm w dialogu, to kołyszący, to budzący tych, którzy odpłynęli za daleko w trochę zbyt dusznym wnętrzu Auli Leopoldiny.

Dopiero ostatni utwór programu, Ricercar a 6 z Musikalisches Opfer, przyniósł pewną zmianę nastroju na ciemniejszy, jednak bardziej niejasny, niż poruszający. W całości koncertu brakowało trochę podkreślenia kontrastów. Emocji innych, niż pokrywane radością. Mimo jasności i lekkości wielu motywów są tam one przecież jak najbardziej obecne.

Ale może właśnie tak miało być: na początku festiwalu Wratislavia Cantans Bach się śmieje. Szczerze i życzliwie.


*tekst sprzed paru tygodni, ale ponieważ dopiero rozwiązały się pewne publikacyjne niejasności, przypominamy teraz :)

niedziela, 23 września 2012

Festiwal Nauki

zapowiedź, 21-30.09


W ramach Festiwalu Nauki w Warszawie dzieje się sporo, pełny program do przejrzenia tutaj.
Póki co pozwalam sobie polecić trzy spotkania - wszystkie "muzyczne", dwa w Instytucie Muzykologii UW, jedno w Gabinecie Zbiorów Muzycznych BUW.
- Warsztaty śpiewu tradycyjnego (muzykologia), prowadzi Nasta Niakrasava, szerzej tutaj
- Spotkania z muzyką jazzową (muzykologia), prowadzi Mariusz Gradowski, szerzej tutaj
- Muzyka w dawnych klasztorach (BUW), prowadzą Ewa Hauptman-Fischer i Magdalena Borowiec, szerzej tutaj.

sobota, 22 września 2012

Sacred Harp w Warszawie cd.


zapiski na marginesie, 22-23.09.2012


Muzyka nie jest po to, by słuchać jej z nagrań. Muzyka nie jest (a przynajmniej: nie tylko) po to, by słuchać jej bezpośrednio, ale biernie. Muzyka jest przede wszystkim po to, by ją wykonywać. Współtworzyć. Nie trzeba było przekonywać do tego naszych przodków, którzy nagrań nie znali. Nas już trzeba: muzyka kojarzy się nam bardziej z radiem czy odtwarzaczem, niż z własnym gardłem. Onieśmieleni jakością dźwięku powstającego w studiach nagraniowych, i/lub własnymi, niezbyt pozytywnymi doświadczeniami związanymi z edukacją muzyczną uważamy w większości, że śpiewać po prostu nie umiemy.
Warto jednak odłożyć te przekonania i dać się zanurzyć w tradycji, która takich problemów nie bierze pod uwagę. Powstawała ona, gdy nikt jeszcze nie słyszał o studiach nagraniowych, a tym bardziej o edukacji muzycznej w polskich szkołach ogólnokształcących XX i początków XXI wieku. Na mapie XVIII- czy XIX-wiecznego świata takich miejsc było zapewne jeszcze wiele; ta narodziła się w Nowej Anglii (obecnie część USA) i trwa już przynajmniej od trzech stuleci. Nazwano ją Sacred Harp.
Śpiewy te wyrastają z tradycji protestanckiej, są w większości cztero- lub trzygłosowe, zapisywane szczególnym typem notacji. To swoisty rodzaj „śpiewu dla każdego”: doskonałość wykonania nie jest tu powiązana z czystością współbrzmień i odpowiednim ustawieniem głosu. Ta doskonałość polega na otwartości: śpiewasz tak, jak możesz. Trzeba tylko chcieć. Ta świadomość – że wystarczy chcieć, a nie „umieć” – jest głęboko zakorzeniona w tych, którzy tradycję tę przekazują. I chociaż pieśni te w większości nie należą do bardzo prostych technicznie (choćby ze względu na melodię, rytm, wreszcie harmonię wszystkich głosów), nastrój szybko się udziela, i nawet ktoś, kto do tej pory nie miał z nimi do czynienia – trochę nie wiedząc jak i kiedy – sam zaczyna śpiewać. Wygląda na to, że to właśnie w świadomości, a nie trudności rzeczywistej leży cały „problem”, jaki niejednokrotnie mamy z wykonywaniem muzyki. Przychodzą mi na myśl choćby angielskie renesansowe madrygały, uroczo wielogłosowe, na które patrząc dziś trudno nam uwierzyć, że śpiewane były „przez zwykłych ludzi” i „dla przyjemności”, i że właściwie każdy był w stanie je wykonać. A jeśli względna trudność materiału byłaby kwestią owej świadomości, podejścia, otwartości na próby i błędy – niczego więcej?
Bardzo ważnym elementem tych pieśni są ich teksty. Teksty religijne, zaczerpnięte z Biblii lub nią inspirowane, nierzadko opowiadające o śmierci i pragnieniu życia wiecznego. Być może to dzięki naciskowi na tekst (dla którego muzyka staje się tylko nośnikiem) możliwa staje się opisana wyżej muzyczna otwartość. Być może to dzięki sile tekstu możliwe staje się zaangażowanie.
Do tradycji Sacred Harp należą coroczne zjazdy śpiewaków. W tym roku taki zjazd odbywa się w Polsce, w Warszawie. Niezwykłe doświadczenie: tworzenie wspólnoty poprzez śpiew (warto dodać, że śpiewacy tradycyjnie siedzą w głosach na planie kwadratu, zwróceni do środka), różnorodność uczestników (ludzie z całego świata, właściwie w pełnym przekroju wiekowym), atmosfera święta – święta pieśni. Tradycja jest ciągle żywa: „to jest autor pieśni, którą przed chwilą śpiewaliśmy”, można usłyszeć od bardziej doświadczonego śpiewaka siedzącego obok, „a to jest jedna z pierwszych pieśni, której uczyliśmy się w Polsce” (na marginesie dodajmy, że polska grupa Sacred Harp zawiązała się po festiwalu Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu, po warsztatach z Timem Eriksenem).

Okazja do świętowania jeszcze dziś, 23 września, między 9 a 15:30 w Warszawie, ul. Krakowskie Przedmieście 30. Zostawcie wszystko i idźcie chociaż na chwilę. Jeśli twierdzicie, że nie umiecie śpiewać, albo też tak twierdził ktokolwiek w Waszym życiu, tym bardziej zostawcie i idźcie – a może stanie się cud, i przestaniecie tak twierdzić. Coś pięknego.

Dziękuję wszystkim organizatorom i uczestnikom Poland Sacred Harp Convention, a szczególnie Almie Molędys, autorce pracy o fenomenie tej tradycji – za informacje, rozmowy i śpiew.

poniedziałek, 17 września 2012

Sacred Harp w Warszawie

zapowiedź - 22-23.09


Pora na pierwszą "podesłaną" zapowiedź - oddajemy więc głos Magdzie Gryszko, współorganizatorce wydarzenia:

To będzie niesamowite spotkanie - 22-23 września do Warszawy przyjeżdżają genialni śpiewacy/ śpiewaczki Sacred Harp z Anglii, Czech, Irlandii, Niemiec, Szkocji, USA. Specjalnie na te  śpiewy przyjeżdża Tim Eriksen - jeden z najlepszych współczesnych muzyków amerykańskich http://www.youtube.com/watch?v=WmFKZmcGAW0
Dołączcie i śpiewajcie z nami. Zapraszamy wszystkich - także tych, którzy nie śpiewali nigdy wcześniej. Śpiew Sacred Harp trudno opisać... niepohamowany, surowy, bezkompromisowy...inny od wszystkiego, co znasz… śpiew, który zmienia. To najstarsza muzyczna tradycja Ameryki. A brzmi  tak: http://www.youtube.com/watch?v=eDl7HH5q934



sobota, niedziela - 22-23 września, g.9.00 - 15.30, Uniwersytet Warszawski, Wydział Geografii, Krakowskie Przedmieście 30

wstęp wolny


Ania Broda plus 5

zapowiedź - 20.09


W najbliższy czwartek o 20 w Centralnym Domu Qultury w Warszawie (ul. Burakowska 12) będzie można posłuchać Ani Brody z zespołem. Ania jest Wam być może znana ze swoich wcześniejszych projektów - Kapeli Brodów, czy piosenek dla dzieci (słuchanych z zachwytem także przez te całkiem już duże, fragmenty płyty "A ja nie chcę spać!" i więcej informacji tutaj). 
Tym razem, jak sama zapowiada, nadszedł czas na przekaz bardziej serio. Piosenki o wolności, miłości i galaretce z nóżek, ballady: krwawa jedna i rzeczno-jeziorna druga, jazzowo-folkowe instrumentarium, pod-różne inspiracje, jednym słowem twórczość pogodna (zaczerpnięte ze strony Ani na facebooku).
Dla niezwykłego głosu, ballad i... piosenki o galaretce z nóżek - bardzo warto!

sobota, 15 września 2012

Halka Moniuszki i Cyrulik Rossiniego

zapowiedź - 16-23.09, 25-28.10


Warszawska Opera Kameralna w jesiennej odsłonie. Najpierw Halka (wersja wileńska, dwuaktowa) - 16, 22 i 23 września, więcej informacji tutaj. Później Cyrulik sewilski - 25, 26, 27 i 28 października, więcej tutaj.
Warto skorzystać z biletów w promocyjnych cenach: przy zakupie dwóch drugi o połowę tańszy, a jeśli ktoś jest uczniem, studentem, emerytem lub rencistą, to ma okazję kupić bilet za 10 zł (czyli połowę dotychczasowej wejściówki, a miejsce jest "normalne"). Chociaż chodzenie do Opery Kameralnej na wejściówki ma już dla niektórych urok rytuału... :)

De Musica 2012

zapowiedź - 17-20.09


A w przyszłym tygodniu w Warszawie festiwal De Musica. W programie koncertowym głównie muzyka polska XX wieku (choć dla odmiany znajdzie się i Frescobaldi, i Tarrega...). Oprócz koncertów liczne dyskusje, prezentacje i wykłady. Dokładny program można znaleźć tutaj, na wszystkie wydarzenia wstęp wolny.

Les Traversées Baroques

zapowiedź - 16.09


Już jutro o 17 w kościele św. Trójcy w Gdańsku finał Festiwalu Goldbergowskiego. Wystąpi zespół Les Traversées Baroques, znany być może niektórym z interpretacji dzieł polskiego baroku. Tym razem w programie barok włoski: Monteverdi, Cavalli, Merula, Falconieri...
A komu do Gdańska daleko, może posłuchać transmisji w radiowej Dwójce.

poniedziałek, 10 września 2012

Pieśń Naszych Korzeni

Jarosław, ostatni pełny tydzień sierpnia (od niedzieli do niedzieli). Niezwykłe miejsce, niezwykły czas. Źródło zachwytów na następny rok... Można długo opowiadać.

Moje teksty związane z tegorocznym festiwalem:
http://piesnnaszychkorzeni.blogspot.com/2012/08/jordi-savall-tombeaux-les-regrets.html
http://piesnnaszychkorzeni.blogspot.com/2012/08/sequentia-lost-songs.html
http://piesnnaszychkorzeni.blogspot.com/2012/08/the-school-of-night-berlin.html

http://meakultura.pl/recenzje/piesn-naszych-korzeni-322

Na początek...

Będąc jeszcze bardzo, bardzo początkującą muzykolożką analizowałam na zajęcia Missa Prolationum Ockeghema. Siedziałam przy stole w kuchni, w moim domu rodzinnym, a ponieważ nie do końca wychodziło mi to, co powinno, westchnęłam głośno:
- Ja się chyba nie nadaję na muzykologa. Zamiast analizować, to ja się tylko zachwycam.
Wtedy weszła moja mama i powiedziała:
- Nie martw się, może kiedyś ci przejdzie...

A ponieważ ciągle jeszcze nie przeszło, wręcz odwrotnie, pojawiła się potrzeba dzielenia się tymi zachwytami - i na dodatek znajdują się coraz to nowi ludzie, którzy o to dzielenie proszą, to pojawia się i miejsce na to.

Oprócz wrażeń i recenzji będzie też miejsce na tzw. informator kulturalny: co warto zobaczyć, odwiedzić, czego posłuchać... (przede wszystkim z dziedziny muzyki dawnej i tradycyjnej, ale będą też wycieczki na inne podwórka).
Jeśli wiecie o jakimś ciekawym wydarzeniu, podzielcie się informacją - albo w komentarzu, albo mailem: katarzyna.spurgjasz(at)gmail.com