mały zachwyt, bo dawno nie było [opisów, z zachwytami nie tak źle], a dziś to już musiałam :-)
Dawno, dawno temu – tak dawno, że już nie pamiętam tego wydarzenia – jak opowiada moja mama, byłam w wiedeńskiej Staatsoper na Czarodziejskim flecie po raz pierwszy. Byłam, ale trudno użyć tu słowa „widziałam”, bo na tym etapie życia było to jeszcze niemożliwe. Nie wiem nawet, czy pasowałoby „słyszałam”, bo moje uszy prawdopodobnie dopiero się kształtowały. Ale przecież muzykę odczuwa się całością siebie, jakakolwiek to całość. Zwłaszcza taką muzykę.
Próbowałam kiedyś policzyć, ile razy od tamtej pory widziałam i słyszałam to dzieło na żywo – gubię się w tym liczeniu, ale myślę, że wyszłoby dobre dwadzieścia. Wykonania były różne, czasami takie, że wolałam tylko słyszeć, niż widzieć i słyszeć, czasami takie, że i słyszenie wymagało nałożenia sporej warstwy wyobraźni. Zawsze było w nich jednak coś z zachwytu. Są takie dzieła, które bardzo trudno jest zniszczyć, nawet niedoskonałym wykonaniem, bo bronią się po prostu same sobą – i to jest właśnie jedno z takich.
Mimo tylu spotkań, mimo znajomości prawie na pamięć - ani razu nie pojawiło się znudzenie. Za każdym razem było coś do odkrycia. Na coś innego zwrócił uwagę któryś ze śpiewaków, może któraś fraza była inna niż zwykle… A może po prostu inny moment w życiu słuchającej, jakiś zbieg okoliczności i wydarzeń, który kazał zauważać to, co wcześniej pozostawało pomijane. Sceny pożegnania nie zawsze przecież brzmią tak samo. Rytuały przejścia nie zawsze są tak wyraziste. Już nie mówiąc o tym absurdalnym konstrukcie – nie mającym chyba jednak nic wspólnego z librettem, więc nie wiem, skąd wziął się w mojej głowie dobre parę (o ile nie paręnaście) lat temu – że Pamina jest córką Królowej Nocy i… Sarastra.
W ramach zajęć na muzykologii miałam dzisiaj okazję prowadzić panel dyskusyjny o symbolice w Czarodziejskim flecie. Przyznam szczerze, że bardzo pozytywnie zdziwiła mnie ta cała sytuacja – jak zawsze, kiedy ktoś nazywa to, co od dawna czułam, chociaż nigdy nie przychodziło mi do głowy ubieranie tego w słowa.
Baśń. W pewnym sensie przekaz uniwersalny, dotykający jakichś kulturowo-psychicznych struktur, tak głębokich, że często nawet nie wiemy, dlaczego nas poruszają. Od dzieciństwa. Może w tym poruszeniu za każdym razem jest coś z dziecięcego widzenia świata: śmiech, łzy, wciągnięcie w opowieść. A dziś – widzieć te kilkanaście uśmiechów, ten magnetyzm pewnej prościutkiej, zwrotkowej arii… Bezcenne.
[A od powrotu do domu słucham fragmentów Czarodziejskiego fletu w interpretacji René Jacobsa – chyba wreszcie zaszaleję i nabędę tę „kontrowersyjną” wersję, bo podoba mi się coraz bardziej. Ale o niej nie będzie póki co, może kiedyś, w ramach jakiejś bardziej poważnej (chociaż bardzo spóźnionej, ale lepiej późno niż wcale) „recenzji”.]
Nie wiem, czy to sprawa tego pierwszego spotkania z dziełem dawno temu, czy może raczej corocznych Festiwali Mozartowskich w Warszawskiej Operze Kameralnej, czy jeszcze czegoś innego – może jakiegoś ciepła wewnętrznego, które w tej muzyce i w tej opowieści niewątpliwie jest. Ale zawsze, ilekroć słyszę tę operę, mam jakieś absurdalne wrażenie, że jest lipiec.
*z ostatniej chwili, znalezione na niemieckiej wikipedii: Im Juli 1791 war die Oper mit Ausnahme der Ouvertüre und des Priestermarsches abgeschlossen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz