zapiski na marginesie, 22-23.09.2012
Muzyka nie jest po to, by słuchać jej z nagrań. Muzyka nie jest (a przynajmniej: nie tylko) po to, by słuchać jej bezpośrednio, ale biernie. Muzyka jest przede wszystkim po to, by ją wykonywać. Współtworzyć. Nie trzeba było przekonywać do tego naszych przodków, którzy nagrań nie znali. Nas już trzeba: muzyka kojarzy się nam bardziej z radiem czy odtwarzaczem, niż z własnym gardłem. Onieśmieleni jakością dźwięku powstającego w studiach nagraniowych, i/lub własnymi, niezbyt pozytywnymi doświadczeniami związanymi z edukacją muzyczną uważamy w większości, że śpiewać po prostu nie umiemy.
Warto jednak odłożyć te przekonania i dać się zanurzyć w tradycji, która takich problemów nie bierze pod uwagę. Powstawała ona, gdy nikt jeszcze nie słyszał o studiach nagraniowych, a tym bardziej o edukacji muzycznej w polskich szkołach ogólnokształcących XX i początków XXI wieku. Na mapie XVIII- czy XIX-wiecznego świata takich miejsc było zapewne jeszcze wiele; ta narodziła się w Nowej Anglii (obecnie część USA) i trwa już przynajmniej od trzech stuleci. Nazwano ją Sacred Harp.
Śpiewy te wyrastają z tradycji protestanckiej, są w większości cztero- lub trzygłosowe, zapisywane szczególnym typem notacji. To swoisty rodzaj „śpiewu dla każdego”: doskonałość wykonania nie jest tu powiązana z czystością współbrzmień i odpowiednim ustawieniem głosu. Ta doskonałość polega na otwartości: śpiewasz tak, jak możesz. Trzeba tylko chcieć. Ta świadomość – że wystarczy chcieć, a nie „umieć” – jest głęboko zakorzeniona w tych, którzy tradycję tę przekazują. I chociaż pieśni te w większości nie należą do bardzo prostych technicznie (choćby ze względu na melodię, rytm, wreszcie harmonię wszystkich głosów), nastrój szybko się udziela, i nawet ktoś, kto do tej pory nie miał z nimi do czynienia – trochę nie wiedząc jak i kiedy – sam zaczyna śpiewać. Wygląda na to, że to właśnie w świadomości, a nie trudności rzeczywistej leży cały „problem”, jaki niejednokrotnie mamy z wykonywaniem muzyki. Przychodzą mi na myśl choćby angielskie renesansowe madrygały, uroczo wielogłosowe, na które patrząc dziś trudno nam uwierzyć, że śpiewane były „przez zwykłych ludzi” i „dla przyjemności”, i że właściwie każdy był w stanie je wykonać. A jeśli względna trudność materiału byłaby kwestią owej świadomości, podejścia, otwartości na próby i błędy – niczego więcej?
Bardzo ważnym elementem tych pieśni są ich teksty. Teksty religijne, zaczerpnięte z Biblii lub nią inspirowane, nierzadko opowiadające o śmierci i pragnieniu życia wiecznego. Być może to dzięki naciskowi na tekst (dla którego muzyka staje się tylko nośnikiem) możliwa staje się opisana wyżej muzyczna otwartość. Być może to dzięki sile tekstu możliwe staje się zaangażowanie.
Do tradycji Sacred Harp należą coroczne zjazdy śpiewaków. W tym roku taki zjazd odbywa się w Polsce, w Warszawie. Niezwykłe doświadczenie: tworzenie wspólnoty poprzez śpiew (warto dodać, że śpiewacy tradycyjnie siedzą w głosach na planie kwadratu, zwróceni do środka), różnorodność uczestników (ludzie z całego świata, właściwie w pełnym przekroju wiekowym), atmosfera święta – święta pieśni. Tradycja jest ciągle żywa: „to jest autor pieśni, którą przed chwilą śpiewaliśmy”, można usłyszeć od bardziej doświadczonego śpiewaka siedzącego obok, „a to jest jedna z pierwszych pieśni, której uczyliśmy się w Polsce” (na marginesie dodajmy, że polska grupa Sacred Harp zawiązała się po festiwalu Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu, po warsztatach z Timem Eriksenem).
Okazja do świętowania jeszcze dziś, 23 września, między 9 a 15:30 w Warszawie, ul. Krakowskie Przedmieście 30. Zostawcie wszystko i idźcie chociaż na chwilę. Jeśli twierdzicie, że nie umiecie śpiewać, albo też tak twierdził ktokolwiek w Waszym życiu, tym bardziej zostawcie i idźcie – a może stanie się cud, i przestaniecie tak twierdzić. Coś pięknego.
Dziękuję wszystkim organizatorom i uczestnikom Poland Sacred Harp Convention, a szczególnie Almie Molędys, autorce pracy o fenomenie tej tradycji – za informacje, rozmowy i śpiew.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz